4-6-2016 31 3

Bycie blogerem to pokazywanie życia innym, każdy rozsądny człowiek wie, że nie całego, a jego części. To również narażanie się na krytykę, docinki, złośliwości i hejt. Czasami jednak przychodzi taki dzień, kiedy zwyczajnie opadają mi witki, bo następuje kumulacja bezczelności i złego wychowania.holda-1

Wyobraźcie sobie taką sytuację, stoicie w kolejce w sklepie, kilka osób przed Wami stoi znajoma twarz. Ciężko powiedzieć, że sąsiadka, bo jedynie wiecie, że mieszka w zielonym domu kilka ulic dalej. Lustrujecie ją, bo dom zlustrowaliście już dawno podglądając przez żywopłot, biegniecie za nią z wózkiem i zziajani dopadacie ładującą zakupy do bagażnika. Gdzieś między wkładaniem do bagażnika papieru toaletowego czy mleka, pytacie ja, za co kupiła sobie swój zielony dom. Tak bezpardonowo.

Pani z zielonego domu już nawet się nie czerwieni, nie jest jej głupio czy nie jest zaskoczona. Bo to nie pierwsza taka sytuacja.

Tak samo jest w sieci, lubię maile od czytelników, koresponduję sobie z Wami o kurach, ciastach, dzieciach, migrenach. Uwielbiam to, uwielbiam z Wami pisać o warzywnikach i byciu ignorantem kosmetycznym. Aż zdarza się, że dostaję maila z zapytaniem o pieniądze. Wprost, bez ogródek. Skąd mam.

I wtedy się zastanawiam, czy to głupota, totalny brak dobrego wychowania i kultury czy może skarbówka?

W przeciwieństwie do pani z zielonego domu, nie umiem przywyknąć. Bo mnie uczono, że o pieniądzach i zarobkach nie zwykło sie rozmawiać a do cudzych portfeli nie wypada zaglądać.

A może brak telewizora sprawił, że coś przeoczyłam? Czy zdarzają Wam się na co dzień takie sytuacje, gdy wścibstwo innych Was przeraża? A może bezpośrednie pytania o bardzo prywatne kwestie weszły już do kulturowo akceptowalnego kanonu zachowań?