6-28-2016 31 3

Należę do osób, które dbają o swoje zdrowie. Regularnie odwiedzam w związku z tym ginekologa, robię niezbędne badania. Standardowo umówiłam się na wizytę, poszłam bez stresu, bo przecież na bieżąco monitoruję co się dzieje. Lekarz zrobił mi usg i przekazał mało optymistyczną wiadomość. Jest guz. W pierwszej chwili chciałam zapytać, ale jak to, przecież badam się regularnie… Wsiadłam do samochodu trzymając w dłoni skierowanie na operację. I wtedy dopiero puściły mi emocje.IMG_20160628_084251

Guz, nowotwór
Nowotwór to nieprawidłowa tkanka powstająca z jednej „chorej” komórki organizmu. Rośnie ona w wyniku niekontrolowanych podziałów komórek, połączonych z jednoczesnym zaburzeniem różnicowania się powstających komórek.
Nie oznacza to jednak, że każda taka zmiana jest złośliwa. Choć po diagnozie, większość z ludzi zwyczajnie wpada w panikę.

Czy ja wpadłam w panikę?

W sumie nie, raczej w takich sytuacjach myślę trzeźwo, nie siedzę w domu i nie płaczę po kątach. Bo płacz nic nie zmienia. Nie zmienia też nic zamartwianie się, snucie czarnych scenariuszy. W takich sytuacjach trzeba podejmować działanie a nie po prostu siedzieć i czekać na najgorsze. Bo jeśli najgorsze ma się zdarzyć to i tak się zdarzy, niezależnie od tego czy będziemy na to czekać, czy też nie. Dlatego trzeba na starcie wierzyć, że jedyny możliwy scenariusz dla nas, to tylko pozytywny scenariusz, scenariusz w którym wygrywasz życie, wygrywasz uśmiech swoich bliskich i wszystko co najlepsze.IMG_20160628_085140

Trzeba działać

Na drugi dzień wsiadłam w auto i pojechałam do szpitala, by wyznaczyć datę operacji. Pierwszą możliwą, bez  chowania głowy w piasek, przeciągania w nieskończoność, tego co nieuniknione. Bo takich decyzji nie można odwlekać. Nie można hodować takich zmian w nieskończoność, licząc na cud. Każda taka zmiana zwyczajnie z czasem może zezłośliwieć.
Nie neguję, że można pić ziółka, chodzić do znachorów, obserwować niepokojące zmiany i czekać, nie neguję, ale nie bardzo też rozumiem po co to robić.

Termin operacji jest pewnikiem, trochę słabą perspektywą ale wiemy na czym stoimy, podejmujemy działanie. Czekanie jest wegetacją z odbezpieczonym granatem w dłoni, nieprzespanymi nocami i życiem w stresie.

Gdy wyznaczono mi datę mojej operacji, zapisano w kajet, zaopatrując mnie w plik skierowań na badania przed operacją, czułam że właśnie byłam dzielna, że się zmierzyłam z problemem, nie stchórzyłam.

Wracając do domu kupiłam sobie perły i dobre wino, dla nas dwojga

Wieczorem usiedliśmy we dwoje i je i wypiliśmy.

Dlaczego Wam to wszystko piszę? Dwa miesiące później, gdy leżałam na sali szpitalnej, obok mnie leżały inne kobiety. Kobiety, które się bały, kobiety które się nie badały, kobiety które zamiast 3 malutkich blizn po laparoskopowej operacji miały kilkadziesiąt szwów, kobiety, które pozwoliły swym guzom rosnąć.
Każdy z nas się boi, ale każdy z nas leżąc na stole operacyjnym ma też wiele do zyskania.
Spokój i komfort życia bez stresu i bez patologicznej zmiany.

Nie można uciekać w życiu od tego, z czym i tak przyjdzie nam się zmierzyć, nie można czekać w nieskończoność. Trzeba podnieść czoło i zawalczyć o siebie, o swoja rodzinę i bliskich. Bo to nie jest tak, że to dotyczy tylko nas, decyzja o odwlekaniu operacji należy tylko do nas. Mając wokół bliskich mamy też wielką odpowiedzialność i warto być dzielnym również dla innych.

Gdy dwa tygodnie później odbierałam wynik badania histopatologicznego, odetchnęłam z ulgą

Zarówno przed pójściem do szpitala, jak i podczas pobytu  oraz rekonwalescencji dostałam gigantyczne wsparcie od najbliższych i ludzi wokół. Czułam siłę ich dobrego słowa czy modlitwy, wysyłanych mi smsów. Wsparcie jednak można dostać tylko wtedy, gdy chcemy je dostać, gdy nie udajemy, że nic się nie dzieje, gdy nie tuszujemy niedyspozycji i rozmawiamy z ludźmi o naszych problemach.
Bo nowotwór może dotknąć każdego, a tylko od nas zależy w jaki sposób uda nam się z tym zmierzyć.

I jeśli choć jeden z moich czytelników, po tym wpisie pójdzie w końcu do lekarza, zapisze się na operację, to będzie wielka rzecz! A ja zawsze służę wsparciem!