Weekend prezydencki przed nami. Radio coraz głośniej trąbi o wyborach, dolatują do mnie strzępki dyskusji politycznych, echa debat. Na szczęście brak telewizora chroni skutecznie przed zmasowanym atakiem panów łysych, wąsatych, panów w muszkach i innych oszołomów. Atakują mnie czasem ich twarze z Waszych fejsbukowych profili. W tym roku mam wrażenie również dużej deklaratywności udziału i afiszowaniem się z wyznawanymi opcjami politycznymi. Czy zmiana miejsca zamieszkania i stylu życia ma wpływ na stosunek do wyborów? No jasne!
Gdy mieszkałam w mieście, potem na przedmieściach w okresach kampanii wyborczych czułam potrzebę wypowiedzenia się na karcie do głosowania. Pamiętam jak odebrałam dowód osobisty i cieszyłam się, że w końcu będę mogła głosować. Bo w domu, w którym wyrastałam, na wybory chodziło się całą rodziną, skreślało krzyżyk na karcie a ja mogłam wrzucić ją do urny.
Miałam sprecyzowane poglądy polityczne, sympatie i antypatie. Nie żyłam w oderwaniu od rzeczywistości, ba nawet miałam poczucie, że głosując mam wpływ. Nie chcę roztrząsać z perspektywy czasu, czy miałam rację, czy nie, bo nie w tym rzecz. Znaczenie miało to, że sie chodziło głosować – na prezydenta, do parlamentu.
Czy wybieram się głosować w niedzielę? Nie. Zupełnie jest to dla mnie bez znaczenia, kto, co. Wiem, że z mojej perspektywy nic się nie zmieni. Że to samo koryto, tylko obsada się zmienia.
Czy jestem ignorantką i to uprawnia Was do tego, by mi mówić że nie mam prawa narzekać? Wątpię.
Gdybym zapytała ilu z Was chodzi na wybory wspólnoty mieszkaniowej czy zgłasza się do komitetu rodzicielskiego zrobicie oczy jak spodki. Że to bez związku, a ja jestem obywatelem ignorantem.
Na wsi jak wskazują badania ludzie postrzegają wybory inaczej. Zebranie sołeckie jest wydarzeniem, w czym czuję potrzebę uczestnictwa. Wybranie sołtysa jest wyborem, który odczuwam realnie i namacalnie.
Radny i sołtys nie jest wymuskanym panem z plakatu, a sąsiadem, zakorzenionym w społeczności lokalnej, któremu zależy na tym by dożwirować drogę czy zmienić trasę gimbusa. Sąsiadem, który ma czasem spracowane ręce, bo pracuje na polu obok czy jest strażakiem w OSP.
Tak naprawdę, na co dzień wkurza nas to, co się dzieje najbliżej. To że termomodernizacja dotyczy bloku obok a nie naszego. Wkurza, że pani sprzątaczka sprząta niedokładnie a podjazd pod blok się rozwala. To, że droga gminna jest dziurawa a dla dzieci nie ma ciekawych zajęć za darmo.
Nie zmienia to jednak faktu, że większość z nas olewa partycypację na szczeblu lokalnym, która ma realną siłę oddziaływania a skupia się na wielkiej fieście co 5 lat.
Nie namawiam, by nie iść głosować. Każdy czyni podług własnego sumienia.
Nie mniej jednak zanim rzucisz kamieniem w kogoś, kto nie idzie bo nie widzi potrzeby zastanów się czy wiesz, kim są członkowie Twojej wspólnoty mieszkaniowej, rady parafialnej, rady rodziców, rady sołeckiej. Bo oni mają realny wpływ na świat którym oddychasz, a nie pan w muszce i pan co miał Piersi.
