Sprzedajemy dzieciom lukrowaną wizję świata, uzasadniając hipokryzję tym, że jeszcze się napatrzą na śmierć i przemoc. W tle zaś przygrywa ogólnopolska telewizja i małe dziecko po raz nty słyszy o dzieciobójczyni z Hipolitowa. Nie wyłapujemy już nawet informacji nie dla małych uszu. Ale odżegnujemy się od powiedzeniu, skąd jest kurczak na talerzu.
Przyznam, że w konwersacjach z Lwem powoli zaczynamy poruszać ten temat. Na razie na poziomie dwulatka. Chcę być gotowa na ten moment, bez obłudy i ściemy. Mieliśmy już za sobą rozmowę o naszych kurach, które porwał drapol. I o tym, że tak jest świat skonstruowany, że jedni drugich zjadają.
Poprzednie pokolenia były wychowywane inaczej niż my wychowujemy nasze dzieci. Czy lepiej? Gorzej? Inaczej. Znam historie z życia znajomych i bliskich, często drastyczne dotyczące pomocy babci przy trzymaniu kury na pieńku czy skórowaniu królików. To ta ciemna strona historii o”pochodzenia kotleta”. Gdy wspomnienia są jeszcze po 40 czy 50 latach.
Z drugiej zaś strony drażni mnie hipokryzja dzisiejszych czasów.
Szynka na stole jest oderwana w naszym myśleniu od świni w tuczarni, od uboju, transportu. Nie uważam, że dziecku należy przedstawiać drastyczne obrazki, ale nie należy kłamać.
Mięso nie pochodzi ze sklepu, kotleciki nie rosną na drzewach. Jeśli jemy mięso zachowajmy się uczciwie, nie bądźmy hipokrytami. Daleka jestem od nawoływania do wegetarianizmu, sama nie jadłam mięsa 9 lat. Znów je jem, z pełną świadomością i szacunkiem do zwierząt. Nie oceniam, czy ktoś je mięso, czy nie, każdy wybiera według uznania.
Ale uważam, że trzeba być uczciwym do końca.
Skąd takie pragnienie chowania dziecka pod kloszem i opowiadania mu pierdół w tym temacie? Bo inaczej tego nie nazwę. Nadmierna ochrona przed prawdą, powoduje potem szok u dziecka. Gdy zaczyna łapać więcej, rozumieć, nagle zderza się z brutalną rzeczywistością, że mama z tatą go oszukiwali tyle lat. Czy z takich zszokowanych dzieci wyrastają wegetarianie? Wątpię, na pewno wyrastają dzieci, których zaufanie do rodziców znacznie spada.
Czy dzieci na wsi mają w tym względzie lepiej? Chyba tak, widzą narodziny zwierząt, widzą klasyczne „pół świniaka”, kręcą się po kuchni podczas robienia wędlin, wędzenia. Czy uważam, że mając uczciwy przekaz mają koszmary w nocy? Wątpię.
Ale wiedzą, że mleko nie jest z kartonu a kotlecik to nie owoc i nie rośnie na drzewie.
Pamiętam bardzo dobrze aferę jaką spowodowało zdjęcie Lwa na jednym z portali dyskusyjnych, na którym regularnie pisuję. Wywołało oburzenie, że tak bezceremonialnie pomaga peklować ojcu boczek. Faktycznie, lepiej kupić w sklepie, opakowany i udawać, ze wziął się z księżyca.
Rozumiem, że można byłoby się oburzać, gdyby ktoś wrzucał zdjęcie dwulatka jak opala prosię. Ale tak dalece żyjemy w iluzorycznym świecie, że oburza i bulwersuje taka fota.
Dlaczego uważam, że ważny jest uczciwy przekaz i dlaczego o tym myślę? Jeśli będziemy dbać o to by mówić prawdę nauczymy dziecko szacunku do jedzenia. Zmorą dzisiejszego świata jest marnotrawienie jedzenia. Kupowanie zbyt dużo, wyrzucanie i znów kupowanie. Nigdy nie wyrzuciłam chleba, który sama upiekłam. Gdy był czerstwy zjadły go moje kury i ptaki w karmniku. Nie zdarzyło mi się wyrzucić choćby plasterka własnej wędliny czy własnego pasztetu. Bo zwyczajnie wiem, że za kawałkiem pasztetu na chlebie kryje się ciężka praca przy zwierzęciu, dbanie o nie, karmienie sprzątanie i szacunek dla zwierzęcia. Do ostatniej chwili.
I właśnie tego chcę nauczyć swojego syna.





