Tak mówią. Głupio i bezsensownie. Potem ten tekst przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Powiedzenie, w sumie w którym pełno jest pogardy. Powiedzenie, które umniejsza pracę włożoną w to, by ziemia wydała plony.
Staram się co roku, by mieć warzywnik. Wysiewam, jak ten głupek z nasion. Podlewam, doglądam, pikuję, sadzę. Potem pielę, choć w dobie poprawności językowej powinnam raczej napisać plewię. Ale umówmy się, nikt kogo znam nie mówi „jestem zmęczona bo pełłam dziś w warzywniku”. Wszyscy pielą, jak jeden mąż.
No i tak pielę sobie, a rośnie różnie. W zeszłym roku najlepiej rosły kabaczki. Nie wiem co mi przyszło do głowy, by ich tyle posadzić, nie mając pojęcia, jak je sensownie przetworzyć. No i w zasadzie nie lubiąc kabaczków. Po sezonie na słowo kabaczek reagowałam agresją. Miałam 100 l zamrażarki załadowanej kabaczkami. Bo przecież tak się postarałam, zebrałam plon, przecież nie wyrzucę. Nawet moje kury powiedziały pas, i miały dość. Bo znajomi jak się okazało, też nie byli fanami kabaczków.
Ale nie poddaję się, co roku i tak z uporem maniaka powtarzałam ten schemat. Tylko miejsca się zmieniały. A mikromarchewki ekologiczne były takie same.
Czy w tym roku jest inaczej? Skądże. Lubię tradycję,a tradycją jest na przedwiośniu, że robię sadzonki. Tradycją jest wiara w powodzenie tych zabiegów. Tradycją jest to, że tak przeżywam przedwiośnie. I już drugi rok z rzędu zaszczepiam tę wiarę w młodym pokoleniu.

Bo nawet jak nam nic nie wyrośnie albo wyrośnie nędznie, to nauka pokory, że przyroda czasem uciera nosa.
Jednak wierzę, ze w tym szaleństwie jest metoda. A ja w końcu się czegoś o uprawie warzyw nauczę;]














