Kiedyś tak nie myślałam, nie mówiłam.
Ale lubię podglądać innych. Jak mieszkają, jak żyją, co jedzą.
Totalnie na legalu. Bez ukradkowego uchylania firanki i zaglądania sąsiadowi w majtki przez płot. Choć to akurat byłoby trudne, bo sąsiadów w bliskim zasięgu wzroku brak.
Zaglądanie na blogi to takie wchodzenie przez frontowe drzwi, bez obciachu i wstydu, ze chcemy posmakować czyjegoś życia.
Fajnie się przysiąść, dołączyć do rozmowy, zostawić komentarz – swój ślad szminki na filiżance i wysiedziane miejsce na fotelu
Bloguję w zasadzie od 2003 roku, czyli jestem starym wyjadaczem.
Bloguję bo lubię, bo mam wewnętrzne poczucie, ze fajnie jest uchylić drzwi do swojego domu. Zaprosić ludzi, na stole położyć haftowaną serwetę i opowiedzieć historię. Nie sprzedać.
Opowiedzieć, bez koloryzowania przesadnego, o tym jak pachnie szczęśliwy dom i jak ryczy krowa. O tym, że matka to też człowiek i że rodzicielstwo nie musi być jedynym hobby w życiu.
Czy jestem przeciętnym blogerem? Szczerze wątpię. Jestem jedyna w swoim rodzaju, miejska dziewczyna w drewniakach ucząca się żyć w wolnym rytmie.
Czy wpisuję się w kanon tego jaki jest bloger? Chyba nie. Nie ma tu strojenia się, hipsterstwa, złotych rad Matki Polki.
Ale może dlatego że jestem folksterką.
I nie jestem blogerem, ja jestem blogerką
P.S. A wy jesteście podglądaczami cudzego życia?
Wpis zainspirowany akcją „Jestem blogerem”







