Lubię mieć w domu coś słodkiego. Zawsze. Choć wszyscy, którzy znają mnie lepiej, wiedzą, że nie jestem dobra w utrzymywaniu zapasów słodyczy. Zwykle ze słodkości mam cukier i dżem. A reszta dawno zjedzona. Lubię mieć jednak ciastka które można przechowywać, takie które mogę schować „na potem”. Ciastka te kojarzą mi się z babcią, metalową puszką. Herbatą w szklance. Pachną dzieciństwem. I są totalnie banalne w wykonaniu.
Potrzebujemy:
400g mąki pszennej
100g cukru pudru
2 łyżki śmietany
2 żółtka
200g masła o temperaturze pokojowej
½ łyżeczki proszku do pieczenia (z proszkiem nie szalejcie, bo będzie wyczuwalny w smaku)
marmolada
Składniki zagniatamy, ja robię to w Kitchenaidzie. I potrzebujemy teraz przystawki do maszynki. Moją mam od babci Karola, ale widziałam je w sieci pod hasłem „kształtownik do ciastek”, kosztuje około 6 zł. Nakręcamy na maszynkę do mielenia mięsa, i dalej robota robi się sama.

Ciastka – długie węże kroimy na mniejsze kawałki, układamy na blasze, na papierze do pieczenia, nie za blisko bo mocno rosną. Dekorujemy marmoladą.
Wstawiamy na 15 minut do piekarnika, 180 stopni.
Z podanej ilości składników wyszły 2 blachy ciastek.
Nie zjadamy ciepłych, najlepsze są na drugi dzień. Wprost z metalowego pudełka.
