Poranek. Szykuję śniadanie. Ekspres każe opróżnić zbiornik fusów. Wyrzucam je na kompost, na dnie wiadra z kompostem zieje pustką. Ostatnio tam tylko fusy z kawy i torebki po ekspresówce. Obieram jaja na twardo, skorupki wrzucam do miseczki. Dla kur. W międzyczasie obieram ziemniaki. Łupiny trafiają do kolejnej miski, dla owiec tym razem. Chleb kupiony w sobotę, będzie tostem. Nic nie wyrzucę. Zjem, podzielę się. Czy taka postawa wynika z biedy? Czy wyrzucanie jedzenia jest kwestią zamożności?
Polacy wyrzucają rocznie 9 mln ton jedzenia. W 2013 roku do wyrzucania pożywienia przyznawało się 39% ludzi. Statystycznie mieszkaniec Europy wyrzuca 180 kg jedzenia rocznie.
Te liczby mnie przerażają. Zwyczajnie. Bo to znaczyłoby, że wyrzuca się pół kilograma dziennie.
Z czego wynika marnowanie jedzenia?
- ze złych wyborów konsumenckich,
- nieracjonalnych zakupów
- kupowaniem oczami, nie rozumem
- złe przechowywanie, nie tylko w domu ale też na trasie sklep – dom
- kupujemy nieustannie za dużo, nie jesteśmy w stanie tego zjeść, terminy się kończą a czarny wór coraz bardziej wypakowuje. Zamiast odgrzać obiad na drugi dzień, zamrozić nadprogramową ilość zupy – wyrzucamy.


Dlaczego w moim domu nie wyrzuca się jedzenia?
Jak się tego nauczyłam?
Odległość sklepu nie jest bez znaczenia. Do większego mam 12 km. Do małego 3 km. Ale to nie jest sklep pod blokiem, do którego lecę bo nie chce mi się wczorajszego chleba.
To też są wypływające z portfela nieracjonalnie pieniądze. Jeśli kupujesz tyle, by wyrzucać, bo nie masz chęci jeść dwa dni tego samego powiedziałabym, że jesteś bardzo bogaty. I strasznie głupi.
Jeśli twój chleb ma 3 dni i nadal leży w chlebaku, oznacza, że kupujesz go za dużo
Pieczywo jest w czołówce wyrzucanych produktów. I widzę to na przykładzie naszych najbliższych. Którzy przywożą nam chleb „dla zwierząt”, tak trochę rozgrzeszając swoje nielogiczne zakupy. Są tego ogromne ilości. Bo wszyscy kupują za dużo. Bo pachnie w sklepie, bo taki świeży. Na święta pokolenie 50 +kompulsywne zakupy piekarnicze ma wpisane w krew. Bo doskonale pamiętają, jak trzeba było nieraz i zapisywać się na chleb na święta, ustawiać się w kolejkę, by w ogól się pojawił na stole. Ja jako dzieciak też pamiętam kolejki „za chlebem”. Czasy się zmieniły, przyzwyczajenia i strach, że zabraknie pewnie jeszcze gdzieś w środku pozostał.
Gdy ma się zwierzęta, jest łatwiej, bo nie czuje się ciężaru wyrzucania. Nie mniej jednak, jeśli się ich nie ma, wystarczy kupić trochę mniej, zrobić grzanki do zupy a bułkę wysuszyć by mieć potem własną tartą.

Szacunek do zwierząt vs wyrzucanie wędlin
Kolejną wielką grupę stanowią wędliny. Z łatwością się je wyrzuca, bo czasami wystarczą dwa dni kiepskiego przechowywania „plasterków” by się zrobiły śliskie i niezdatne do jedzenia.
Czy ja to rozumiem? Nie. Wyrzucanie mięsa, wędlin to dla mnie zupełna abstrakcja. Z jednej strony czuję karcący wzrok, gdy mówię o tym, że zjem własną kurę, że owce są konsumpcyjne, że z króli będzie pasztet. Z drugiej, wiem, że w w domu krzywo patrzących osób codziennie marnuje się jedzenie.
Hodowanie własnych zwierząt niewiarygodnie wręcz zwiększa szacunek do pożywienia. Bo znam koszt wytworzenia tego plastra wędliny, który powstaje od początku do końca u nas. Nawet jeśli z założenia hodujemy je z nastawieniem na konsumpcję, są darzone estymą, tak jak i finalny produkt jaki mam na stole.

Zanim zatem zrobisz kolejne zakupy przejrzyj zawartość chlebaka, lodówki, szafek i zamrażalnika.
Jeśli masz za dużo, zaproś znajomych, zamroź.
Jeśli masz otwartych kilka różnych produktów i lada dzień skończy się ich przydatność, zrób z nimi zapiekankę, tarte, pastę. Da się. Trzeba tylko ruszyć głową!
Kupuj i konsumuj racjonalnie, nie potrzebujesz 3 rodzai keczupu, 5 otwartych serków do smarowania, pół kilograma pokrojonej w plastry wędliny dla dwóch osób.
A jak to wygląda w Waszych domach? Czy wy wyrzucacie? Czy wyrzucają wasi najbliżsi? Z czego to wynika?
