Dawno temu, bo w 2009 roku przeczytałam sobie książkę Julie Powell „Julie i Julia”, potem obejrzałam film a finalnie ciężko westchnęłam, że u nas nie ma akademii gotowania. Takiego Le Cordon Bleu, gdzie uczyła się Julia Child. Takiego miejsca, gdzie można od podstaw nauczyć się gotować cuda. I to pod fachowym okiem. Od 2009 r wiele się się zmieniło i zaledwie kilka miesięcy temu pojawiło się w Białymstoku ucieleśnienie moich tęsknot i marzeń, Atuty Studio Kulinarne.
Tak sobie wyobrażałam taką szkołę. Jako miejsce gdzie przychodzę zielona jak trawa na wiosnę a pod okiem mistrza okazuje się, że mogę być nawet kimś więcej niż dziewką służebną czy podkuchenną.
W centrum miasta kilkanaście stanowisk dla adeptów sztuki gotowania, czarne fartuchy z logo, stanowiska skrupulatnie rozmieszczone z dostępem do palników, kontaktów. Wszystko urządzone prosto ale z klasą. Z takim smakiem, jaki trzeba mieć, to nie coś, co można nabyć.
Historia powstania tej szalonej koncepcji wywodzi się poniekąd z ucieczki od korporacyjnego zgiełku, pracowania u kogoś i na kogoś. I wielkiej pasji do gotowania. Aneta Pojawa i Kamil Łącki są właśnie takimi pasjonatami.
To się od razu czuje w rozmowie, że to ich projekt życia, skarb, cacko. To widać w tym jak błyszczą im oczy. Z wielkim entuzjazmem opowiadają o drewnianych meblach zrobionych przez zdolnego nieziemsko Wojtka Łukszę czy też o kosmicznym systemie wyciągów pod sufitem.
A jest o czym mówić, po 5 h gotowania w kilkunastoosobowej grupie pachniało w studiu tylko jedzeniem. Niby banał, ale fajnie po tylu godzinach gotowania wrócić do domu i nie mieć wrażenia, że wszyscy czują, co robiliśmy cały boży dzień.
Wróciłam z domu przeszczęśliwa, z apetytem na więcej. I wiem, że jeszcze tam wrócę.
Wrócę na jakieś cukiernicze szaleństwo.
Więcej o Atutach możecie poczytać tu .
A jeśli w domu macie jakiegoś maniaka gotowania, to możecie mu sprezentować takie warsztaty na gwiazdkę!
























