Rośnie, ja daleko mam do rolnika ale rośnie. Wszystko, głównie trawa i chwasty. Ale wczoraj był też dzień pierwszych plonów z siedliska. Rzodkiewek, rukoli, szpinaku. Pracy masa by mieć swoje warzywa, mniej wypasione niż w sklepach, ale takie nasze. Z naszej ziemi, no i bez chemii. Więc ich smak też niesamowity.
W „międzyczasie” warsztaty wyjazdowe w Zagrodzie Kuwasy na temat bioróżnorodności w gospodarstwach agroturystycznych. Rewelacyjne, mimo choróbska. Człowiek zaczyna dostrzegać jak ważna jest różnorodność by zachować harmonię wokół nas.
Wczoraj kolejne spotkanie z cyklu „rękodzieło ludowe”. Tym razem w „naszym” Zamczysku, u łyżkarza. Każdy miał okazję zrobić łyżkę samodzielnie. Ale największym wzięciem cieszyły się miecze;] Tak więc i ja wróciłam z łyżką i mieczem. Udział mój jednak w tych warsztatach dość mizerny. Trochę sama pracowałam nad nadaniem kształtu kawałkowi osiki ale ręka brutalnie przypominała, że to niewskazane.
Udało mi się również odwiedzić koleżankę warsztatową – jak wszystko się poukłada będzie moją najbliższą „zakręconą” sąsiadką. Miło i sympatycznie. Fajnie jest utwierdzić się w przekonaniu że nieopodal są młodzi ludzie, „wkręceni totalnie” w wieś i pokazujący że da się tam żyć fajnie.
Przede mną jeszcze parę fajnych warsztatów – spotkanie z Teresą Pryzmont – kobietą, która mnie zaraziła tkactwem. Nie mogę się doczekać tego spotkania. Może znów będę miała kopa by zawalczyć z krosnem. No i pewien szalony pomysł w zanadrzu, mało rękodzielniczy ale też zakorzeniony w folkowym klimacie. Na razie nie zdradzam, ale jak się uda to na pewno napiszę.








