Poniedziałek inny niż wszystkie. Dzień, którego perspektywa była równie odległa niedawno jak to, ze niedługo Lew będzie palił papierosy za stodołą. Pójście do przedszkola wydawało się czymś zupełnie niedotyczącym nas, bo będącym w sferze odległego „nigdy”. Poniedziałek, dzień w którym Lew poszedł do przedszkola.
W niedzielę czułam już lekki niepokój, spakowałam torbę ciuchów w razie W, do worka włożyłam kapcie. Wyjęłam z szafy kraciastą koszulę Lwa, moją ulubioną i uprasowałam ją, z nostalgią i wzruszeniem. Wyregulowałam szelki w plecaku, pogadałam z Dziedzicem o różnych tematach okołoprzedszkolnych, o tym co chce na drugie śniadanie do plecaka.
Droga do przedszkola niedługa, tylko 3 km. Jedziemy we trójkę. Bo to ważny dzień, cała celebra wokół tego wydarzenia. Mama i tata przejęci podobnie a może bardziej.
W szatni znajdujemy szafkę, rozbieramy młodego człowieka. Jeszcze tylko ostatnie ustalenia. Udajemy dzielniejszych niż jesteśmy w rzeczywistości. Lew nie udaje, sunie do dzieci, macha nam ręką.
Wracamy do domu, do tej wyczekanej gorącej kawy. Zerkamy na telefony, czy Pani do nas nie dzwoni, że jest awaria i trzeba reagować.
Kawa jest gorąca.
Czekolada na osłodę.
Osłodę tego, ze dorastanie dzieci jest nieuchronne, że czasu nie da się zatrzymać a przed nami nowy etap.
Myślę, że damy radę.






