Znacie to uczucie, kiedy macie coś takiego super ekstra, a Wasze dziecko chce, byście mu to dali? Ciężki temat, zwłaszcza jak ma się poczucie, że nawet mąż by to cacko popsuł, a co dopiero trzylatek. Ja tak mam, myślę, że to zupełnie naturalne, nawet racjonalne. Bo dziecko to tylko dziecko, i wiadomo, że spotkanie trzylatka z np. aparatem cyfrowym może drastycznie skrócić żywot obu, jednego przez upadek, drugiego przez uduszenie.
Całe wieki marzyłam o porządnych farbach akwarelowych, takich profi. Nie żebym planowała zarzucić dotychczasową karierę i na rynku sprzedawać widoczki turystom, po prostu od czasu do czasu lubię w ten sposób się zrelaksować i czasami wychodzi z tego coś ładnego, czasami zdarza mi się malować na zamówienie. 
Gdy więc przyszedł w końcu taki dzień, że kupiłam sobie farby, z wielkim pietyzmem i namaszczeniem z nich korzystałam. Pamiętając o dokładnym płukaniu pędzla, wycieraniu pudełeczka do sucha.
Gdy zasiadałam do malowania, zwykle Lew mi towarzyszył. Przyciągał swoje farby i zasiadał obok. Farby akwarelowe dla dzieci mają to do siebie, że są bardzo tanie – jak znienawidzone przeze mnie akwarele Astra, i mają adekwatne kolory do ceny.
W sam raz takie by obrzydzić malowanie na całe życie. Ja mam do nich uraz jeszcze ze szkoły podstawowej, i mam wrażenie, że ich pigmenty nie zmieniły się od jakiś 30 lat. Kupiłam więc Lewkowi inne farby, o nieco ładniejszych kolorach, ale dalej słabo zachęcające.
Zwykle nasze twórcze chwile wyglądały tak, że prace Lwa były nieokreśloną plamą zmieszanych kolorów w odcieniach granatu i fioletu a cała praca była pofalowana od wilgoci farb.

Nigdy nie urządzał histerii, że chce moje farby, było jasno wytłumaczone, dlaczego tak jest i nigdy nie rodziło to buntu ani chęci do tego, by mi je cichaczem zabrać.
Któregoś dnia, będąc w amoku twórczym, na pytanie Lwa czy może moje farby, oddana malowaniu kompozycji potaknęłam bezwiednie, dodając przy tym, że ma dokładnie płukać pędzel.
Ocknęłam się po 15 minutach ciszy, gdy Lew finiszował malowanie pierwszej kolorowanki. I oniemiałam, na dobór kolorów przez trzylatka i generalnie na efekt korzystania z super ekstra pomocy plastycznej.
Piękne soczyste kolory nie wymagające użycia litrów wody, świetnie rozprowadzające się na kartce i dające piękne efekty.

Czasami dzieci potrafią w takich sytuacjach nieźle utrzeć nam nosa, pokazać nam, że nie zawsze warto być pragmatycznym i czasami warto się podzielić, wszystkim, łącznie z aparatem;]
Ja dostałam pstryczka w nos, i wiem, że następny nasz zakup to będą profesjonalne akwarele dla Lwa, profesjonalne – takie jak dla artystów, bo nie zawsze najlepsze dla dziecka jest tylko to co jest dla niego przeznaczone.





