Moja praca jest specyficzna. Prowadzenie stajni, gospodarstwa agroturystycznego narzuca pewną nieregularność pracy. Przy zwierzętach nie ma pojęcia weekend czy święta. Daleka jestem od narzekania. Taki rytm i taki styl życia wybraliśmy. Są dni kiedy jest bardzo ciężko, jednak jest to zdecydowanie slowlife. Bo tu natura wyznacza rytm i tempo w jakim się oddycha. Czasami też „robimy na nocną zmianę”. 
Wykluwanie kurczaków jest bardzo emocjonujące. Wczoraj rano pojawiła się pierwsza dziureczka w skorupce. Obdzwoniłam najbliższych i wszyscy czekali. Co chwila ktoś pisał sms – wykluły się już, coś widać? Słychać? Przykładałam ucho do jajka i słyszałam pipipi a oczy z wrażenia robiły mi się jak 5 zł. I wysyłałam wiadomości do tych wyczekujących narodzin.
Lew wczoraj był umiarkowanie zainteresowany – bo tak naprawdę to totalny brak akcji. Dziurka w jajku dla niego, mimo moich tłumaczeń niewiele znaczyła. Bo nie umiał sobie wyobrazić co będzie dalej.
Wieczorem zaczęło się robić bardziej gorączkowo, kolejne jajo spękane.
W nocy wstawałam, zaglądałam, sprawdzałam.
I o 3 nad ranem pojawiła się pierwszy kurak.
Rano były już dwa, a trzeci się właśnie wykluwał.
I jak była „akcja” to i Lew cały w emocjach. Bo ja rozemocjonowana od wczoraj. Co chwila biegnie do kuchni, zagląda co słychać. Opowiadał przez telefon dziadkom z wielkimi wypiekami, że ma kurczaczki, że z jajek.
To jest wielkie przeżycie, mieć udział w cudzie wykluwania. Obserwować jak natura wszystko wymyśliła, jakie to wszystko proste a za razem skomplikowane.

Udział w tym cudzie uczy pokory, szacunku do zwierząt, szacunku do pożywienia. Uczy się tego i dorosły człowiek i mały.
Wyłącza się pośpiech, człowiek zwalnia, nabiera dystansu. Wypuszcza powietrze i uczy się, świata. Na nowo.













