Wiosną świat budzi się do życia, to czas narodzin, cudów natury. Wiosną w zeszłym roku brałam w ręce kurze jajo i czułam w nim życie. W tym roku te życie oznacza dużo większy gabaryt.
Małe jagniaki znamy już z zeszłego roku, w zeszłym roku mieliśmy dwie owce matki – maciorki i od nich doczekaliśmy się 3 owieczek.
Jedna niestety nie przeżyła i w taki oto sposób nasze stado powiększyło się o kolejną maciorkę i barana – tryka. Ponieważ jak wiadomo nie od dziś, syn raczej nie powinien mieć dzieci z matką, wymieniliśmy zatem baranka na chłopaka z innej hodowli. Jednak był dużo mniejszy od naszego a konkretnie sięgał swoim trzem wybrankom do kolan;]

Mieliśmy zatem poważne obawy o to, czy uda mu się stanąć na wysokości zadania do czasu rui i czy doczekamy się owieczek. Owce jednak gdy przyszła późna jesień wydawały nam się grubsze a niektóre z nich w lutym wręcz monstrualnie grube.
Ponieważ owce kocą się (rodzą) bezproblemowo sam poród nie wymaga żaden pomocy ze strony człowieka. Przynajmniej nasze wrzosówki są samoobsługowe. Pierwszy wykot był tydzień temu, jako pierwsza urodziła pierwiastka. Maluchy sztuk dwa, ale instynkt u pierwiastki bardzo słaby i po 24 h został tylko jeden malec. Zanim jednak odgadliśmy czyje jest to dziecko trochę trwało, matka go nie chciała karmić, w sumie podstawialiśmy go ciotce i ona najmniej się broniła.
W kolejnej piątkowej turze urodziła nasza najmądrzejsza owca, Prowadnica. Dwa maluchy, mocne, silne, nie wymagające żadnej interwencji. I w tym momencie zgłupieliśmy, co z ostatnią owcą, która miała mleko bardzo długo, była pękata i nic nie zanosiło się na poród. Zaczęliśmy nawet podejrzewać, że jedna z owieczek, która nie przeżyła, była właśnie od niej.

W niedzielę, bladym świtem uporczywe beczenie wyciągnęło nas nad ranem z łóżek. Owca zwana przez nas „Drugą” powiła chwilę wcześniej czworaczki. Słabe jak licho, jeszcze mokre, jeden niestety urodził się martwy. Ale maluchy bardzo drobne i w sumie cud narodzin takiej ilości raczej nas smucił. Do tego identyczne, przynajmniej na razie. Wszystkie takie same, czarne i kędzierzawe.
Czemu widok czworaczków nas zasmucił? Owca ma 2 sutki, więc już przy trojaczkach jest problem. Czworaczków w ogóle nie byłaby w stanie wykarmić. Poranek zszedł nam na przystawianiu maluchów, nakłanianiu najmłodszej matki by jednak karmiła swojego synka.

Finalnie zdecydowaliśmy się na dokarmianie całej czwórki – drobnej kilkugodzinnej trójki i baranka, odrzuconego przez matkę. Prowadnicę i jej dzieci zostawiliśmy w spokoju. To mądra matka, ma mleko, dzieciaki mocne i żwawe, więc bez sensu interweniować.
I tak na zmianę podgrzewamy mleko, łapiemy każdego malucha i kilka razy dziennie pomykamy z ciepłymi butelkami do stajni, by nakarmić przychówek.

Tak właśnie wygląda hodowla owiec od kuchni. Nawet jeśli z założenia nasza hodowla miała być hodowlą konsumpcyjną, to właśnie tak wygląda. Na poświęcaniu swojego czasu, ratowaniu drobiazgu i płaczu, przy kolejnych maluchach, które umierają bo zwyczajnie urodziły się za słabe.
Hodowla przydomowa nie jest prosta. To szacunek do zwierzęcia, ogrom pracy i dużo emocji.
To też próba zmierzenia się z trudnymi pytaniami dziecka, dlaczego baranek umarł. Bo dalecy jesteśmy od oszukiwania dziecka, któremu nagle brakuje baranka, którego widział. Staramy się zmierzyć z tym wszystkim, własnymi emocjami i emocjami dziecka.
Gdy czasami zobaczycie nasz przychówek na zdjęciach, pomyślcie o emocjach brania udziału w tym cudzie.

