Od kilku dni żyliśmy w stresie, bo jedna z owieczek ciężko już chodziła i podejrzewaliśmy, że lada dzień będzie rodzić. A raczej kocić się;] Bo owce ponoć się kocą. Ale odzyskała wigor, nam opadł stres a porodu nie było. W poniedziałek cały dzień załatwialiśmy sprawy w mieście, dziecko na śpiocha wieczorem do łóżka a ja biegiem do kuchni robić sernik, na wizytę Twardego Szparaga. Ręce w mące, wpada Karol i woła, biegnij zobacz, urodziły się jagnięta!
Wytarłam ręce w fartuch i pobiegłam. Były już suchutkie, dwa małe czarne diabełki. Wzruszenie ogromne. Dla mnie to wielkie przeżycie, kupując owce było podejrzenie, że są kotne. Z czasem rosły im brzuszki ale to jakieś takie nigdy nigdy się wydawało.
Głaskałam małe owieczki, wtulałam w nie twarz, czułam że to wyjątkowa chwila.
Rano malce pięknie ssały, w piżamach poszliśmy z Lwem jak tylko się obudził by zobaczył ten cud. Cud narodzin, i tę magię. Był oczarowany, nie mniej byliśmy my. Nasze wrzosówki maluśkie!
W ciągu dnia Lew znów dopominał się, że chce do owiec!
Młode bardzo spokojne, dają się głaskać, brać na ręce. Cieszę się, że mogę pokazać dziecku świat, w którym ma szansę uczestniczyć w cudzie narodzin, karmieniu, doglądaniu.
Takie małe Bullerbyn, na podlaskiej wsi.
Nasz kawałek magicznego raju. Nasza Stajnia Zamczysk.

























