Dlaczego?
Bo listopad nie był fajny.
Po prostu. Taki parszywy miesiąc, zresztą nie pierwszy raz…
Pojechałam na warsztaty, było cudnie ale tylko jeden dzień. Wróciłam pilnie po nocy ze spastycznym oddechem astmatycznym bo się pół nocy i ranka dusiłam a mój lekarz chciał mnie od razu położyć do szpitala. No i się już wtedy przeraziłam. Ze to nie są żarty. Ubłagany zalecił zastrzyki i mieliśmy czekać czy będzie jakaś poprawa. Pomijam fakt, że mam sine ręce bo żyły nie dość ze mało widoczne to pękały…
Taki więc był wyjazd… A przyczyna prosta, len roszony tak naprawdę po wyschnięciu stał się zagrzybioną słomą lnianą – raj dla alergika.

I to chyba było apogeum kiepskich zdarzeń w tym miesiącu. Jestem tego pewna. Limit wyczerpany. Zważywszy na fakt że koleżanka tez wpadła w niezłe tarapaty ze swoimi plecami i wizje były nieciekawe.
Zarządzam zatem koniec trosk w listopadzie. I basta!
Teraz będzie pozytywniejsza część notki.
Dzięki Sarenzir za informację i gratulacje. Zdjęcie autorstwa mojego męża zostało opublikowane w najnowszym numerze Weranda Country!!! I powiem wam że jestem z niego bardzo dumna!!! Z męża oczywiście;]
Koko ma zdjęte szwy, czuje się dobrze. Anuk rośnie jak na drożdżach.

Dziś po raz pierwszy poszłyśmy na króciusieńki spacer. Choć tak naprawdę nie da się chyba iść ze szczeniakiem i dorosłym psem, już wiem że do tego potrzebne są na razie przynajmniej „dwa ludzie” a to oznaczać będzie brak zdjęć.




