9-3-2010 31 3

Dzień upiorny, taki w klimatach „co mnie jeszcze dziś spotka”.
Rano z fretką do weterynarza. Od wczoraj Koko miała już niedowład łapek, nie była nawet sama w stanie dojść do kuwety:( Pożegnaliśmy się, bo nie było innej opcji. Od pół roku dwa razy dziennie dostawała Furosemid na płyn w osierdziu i jamie brzusznej a dziś już po prostu gasła w naszych oczach.
Wróciliśmy do domu z pustym transporterkiem, straszne uczucie ale rozsadek podpowiadał że to było najrozsądniejsze.
Chciałam się tylko zaszyć w domu i wyryczeć do poduszki.
Udało się na chwilę zasnąć ze smutków.
Telefon.
Dzwoni człowiek u którego wtedy znalazły się nasze suki i mówi że ma naszego „husky”. Koszmar jakiś. Od razu tysiąc myśli przeleciało przez głowę, ze ma cieczkę, że jak tylko ona to co z Kruszynką? I szybkie kojarzenie, że rano mały dziad kopał pod płotem jamę którą zasypaliśmy. I generalnie co teraz zrobimy z nią!
Szybko coś na siebie, buty bez skarpet i wino w garść zamiast „znaleźnego”. Po drodze jeszcze wdepnąć do stajni, zobaczyć co z Kruszynką i Peppą, wziąć smycz.
A tu w stajni zonk.
Bo cały nasz zwierzyniec jest tam gdzie być powinien.
Telefon wiec do Pana, że są dwie wiadomości – dla niego zła, dla nas dobra – TO NIE NASZ PIES!
Łeb mnie z tego rozbolał, dość mam dzisiejszego dnia:(
Mam tylko cichą nadzieję w sercu, że Koko jest szczęśliwa po drugiej stronie tęczowego mostu…

podobne wpisy