Lubię festyny. Nawet bardzo. Od dziecka. Lizaki maczki, piłki z trocinami na gumce, myszki robiące przefikanki, kapiszony.
Taką mam widać przekorną naturę, z lekkim uwielbieniem kiczu i tandety;]
Tym razem zahaczyliśmy o Korycin, raz że blisko, dwa że na Ogólnopolskim Dniu Truskawki jeszcze nie byliśmy. No i trzy – miała być truskawkowa bitwa.

Ta truskawkowa bitwa, zanim jeszcze na nią wyruszyliśmy, wydawała mi się pod pewnymi aspektami beznadziejna.
Nie lubię marnowania jedzenia, tona truskawek użyta ku radości gawiedzi, napawała mnie oburzeniem. Że można oddać, przetworzyć, nakarmić biedne dzieci i takie tam.
Nie można jednak. Truskawki użyte na bitwę nie nadawały się zdecydowanie do konsumpcji.
Tak więc zwarta i gotowa, na pierwszej linii truskawkowego frontu robiłam zdjęcia.
Z jaki efektem oddałam to, co się działo? Oceńcie sami!
Straty też są. Na drugi rok jeśli będę robić zdjęcia wkładam worek na śmieci, taki 300 litrów;] Bo ubrania prawdopodobnie się już nie odpiorą;]















