Sobotnie popołudnie. Leje jak z cebra. Nuda taka, że aż w oczy szczypie. Zastanawiam się, co robić. Chciałabym do kogoś pójść. Dla odmiany. Od ciągłego goszczenia u nas. Zamieszczam zapytanie na fejsie, swoisty eksperyment „Chcę się wprosić całą rodziną na herbatę. Za chwil parę. Ponieważ ciągle ktoś do mnie pisze, że mnie odwiedzi, dziś postanowiłam napisać ja. Herbata dziś, za chwil parę. Kończymy obiad. A może to działa tylko w jedną stronę?”
Mija 10 minut. Cisza. Tak jak przypuszczałam.
Gdy wyprowadzałam się na wieś, moja znajoma mnie uprzedzała, że nagle będę miała mnóstwo znajomych. Nie do końca wierzyłam, że naprawdę to jest możliwe. Że nagle sobie niektórzy przypomną, że mnie znają. Tak po 20 latach na przykład. Choć ja z trudem kojarzę, kim są…
Są zwykle bardzo mili, mówią jak u nas fajnie, że ich dzieci lubią zwierzęta, że oni by chcieli odpocząć na łonie. Taaaa…
Owa koleżanka mówiła mi, jakie są strategie na takie zachowania, jak można skorzystać z tego nagłego zainteresowania, że znajomi pomogą nam coś naprawić, urządzić. Najpierw praca wspólna, potem integracja. Niestety chyba jestem na takie akcje za mało asertywna, a może nie umiem wyegzekwować takiego obrotu spraw? A może po tym wpisie znajdą się chętni na wiosenne spędzanie czasu na grządkach a potem słodkie lenistwo?
Niestety też koleżanka mówiła mi o tym, że w większości niestety takie akcje weryfikują skutecznie liczbę znajomych.
Nie wiem, skąd się bierze też w ludziach przekonanie, że się nudzę na tyle, by codziennie przyjmować gości. Że po prostu można do mnie wpaść, informując mnie po prostu o tym fakcie. I nie mówię tu o bardzo bliskich znajomych, którzy po prostu zaglądają a ja do nich, bez zaproszenia.
Nie, nie jest to incydentalne. Takie myślenie. Przydarza mi się takie coś kilka razy w tygodniu, w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. I ból polega na tym, że nie umiem być twardą. Piekę trzeci sernik w tygodniu, i zastanawiam się kiedy zwyczajnie zajmę się codziennym życiem, zrobię pranie, ugotuję obiad z dwóch dań, poklepię konie po zadkach, posiedzę na necie…
To, że prowadzimy stajnię – nota bene jest to obiekt otwarty tylko dla naszych pensjonariuszy i agro gości, przynajmniej na ten moment – nie oznacza, że prowadzimy zwiedzanie obiektu… Prowadzenie bloga też nie oznacza, że można przyjść popodglądać mnie na żywo, ledwie mnie o tym informując.
Choć sądząc z natężenia takich akcji, rozważamy wprowadzenie opłaty za zwiedzanie z przewodnikiem. Albo pakiet vipowski – dzień z Księżniczką.
Czasami się zastanawiam, czy te osoby które tak do mnie piszą kiedyś mnie też zaproszą. Tak bym nie musiała choć raz być perfekcyjną panią domu i mogła być gościem? Czy wyślą mi kartkę na święta albo zadzwonią w szary zwykły dzień by zapytać co słychać?
Po pół godzinie pojawia się komentarz, z Gdańska. Po godzinie kolejny, też kilkaset km dalej. Kilka polubień. Czemu się nie dziwię?
Po godzinie pisze sąsiadka, z którą jeszcze się dobrze nie znamy, zaprasza w tygodniu. Powiem więcej, akurat ona zapraszała już kilkakrotnie nas ale się nie złożyło. Jest nadzieja!
I znajoma ze studiów się odzywa, zaprasza. I pojawia się uśmiech na mojej twarzy, że są jeszcze fajni ludzie.
A za chwilę sąsiadka ze wsi obok, nie znam jej ale dzięki tej akcji chcę poznać.
W międzyczasie sms piszą też nowi znajomi, że będą po 19 w domu, że możemy tak późno przyjechać. Do innych dzwonię, zapraszają na następny dzień. Zaprasza też kolega, na ciasto, ale zapomina, że idzie do pracy.
W sobotnie popołudnie niestety zostaliśmy w domu. Choć nie przychodzimy z gołą ręką, nie siedzimy do nocy, nasze dziecko jest stosunkowo nieszkodliwe społecznie.
Zrobiłam sobie zatem herbatę. Sama.
I rozmyślałam nad tym najmroczniejszym aspektem mieszkania na wsi, o którym nie chciałam powiedzieć w filmie. Choć trwa to już 1,5 roku.
P.S. Jeśli po przeczytaniu tej notki masz nadal chęć mnie odwiedzić, zastanów się , co ty chcesz zrobić dla mnie? I czy kiedyś znajdziesz czas i chęć by mnie zaprosić, wysłać mi kartkę na święta czy zwyczajnie zadzwonić by zapytać co u mnie?
P.S. 2. Biznes czyli pensjonat dla koni i agroturystyka rządzą się innymi prawami.
P.S. 3. Jeśli myślisz, że jestem bezczelna, wyrachowana i niegrzeczna przyjmij 4 razy w tygodniu gości, tydzień w tydzień – nie chodząc przy tym z rewizytami. A za 1,5 roku przeczytaj ten wpis jeszcze raz.
P.S.4. Odezwała się też do mnie koleżanka, u której ten korowód trwa już 3 lata, też mieszka na wsi i ma fajny klimat i zwierzaki. I niestety te same spostrzeżenia co ja…
Zdjęcia we wpisie zrobione zostały przez naszego agroturystę Pawła Karwowskiego i cieszę się jak dzieciak, jakie piękny nam podarował prezent!
Bezinteresownie







