Reklama w telewizji, syropu na apetyt – w tle dziecko wyrywające się do półki z chipsami. Rozmowa w telewizji śniadaniowej – jak przekonać dziecko, że masło czekoladowe jest niezdrowe… Gdy widzę takie obrazki, mam wrażenie, że nie rozumiem. Moje dziecko je foie gras, zupę z oliwek, ser z niebieską pleśnią, krewetki, czosnek, roszponkę czy jarmuż. Wielokrotnie pytacie mnie, dlaczego moje dziecko je normalnie? Jak to zrobiłam, że jedzenie u nas w domu nie jest problemem?
1. Jedzenie jest normalne
Nigdy z jedzenia nie robiliśmy wielkiego wydarzenia. W sensie, zabawiania dziecka, namawiania, nagradzania. Jedzenie jest normalne. Nagradzanie za jedzenie stwarza poczucie, że to coś wyjątkowego, nadzwyczajnego. Za co należy się specjalna gratyfikacja. Gratyfikacja dziś będzie powodować, że jako dorosły sam będzie się tak nagradzał, w chwilach smutku czy stresu.
Traktowaliśmy Lwa jak dorosłego, jest czas jedzenia, siadamy, jemy. Jedzenie jest atrakcją samą w sobie, nie wymaga stymulacji w postaci „patrz leci samolot”, włączania bajek. Generalnie telewizor podczas posiłków uważam, że jest koszmarem. Dziecko ma jeść świadomie, kolory, struktury, smaki, to stymuluje dziecko. Dziecko jedzące przed telewizorem bezwiednie przyjmuje posiłki, jest wyłączone z tego co ważne. Nie rozkoszuje się smakami, bo coś innego zaprząta jego uwagę.
Ja jestem z bardzo radykalnego telewizyjnego frontu. Do 3 roku życia Lew praktycznie w ogole nie oglądał telewizji – pomijając wypady do dziadków. Do dzisiaj podczas posiłków nie pozwalam, by grał, nieważne gdzie jesteśmy. 
2. Jedzenie jest dobre
Lew od dziecka wzrastał w poczuciu, że jedzenie jest dobre. To, że rodzic czegoś nie lubi, nie znaczy, że ma przenosić swoje uprzedzenia na dziecko. To, że ja jako dziecko czegoś nie lubiłam oznacza dokładne tyle, że JA tego nie lubiłam. A nie moje dziecko.
Uważam, że słoiki dla dzieci to nie jest dobre jedzenie. Lew w życiu zjadł jeden słoik, a konkretnie pół. Pierwszej marchewki. I natychmiast się wyleczyłam z papek, płaskich smaków, jedzenia o jednolitej konsystencji.
To, że dziecku coś nie smakuje za pierwszym razem nie oznacza, że nie należy próbować. Do przekonania sie do niektórych smaków trzeba więcej prób.
Jeśli nasz stosunek do jedzenia jest ambiwalentny, wiecznie jesteśmy na jakiejś diecie, mamy sami zaburzenia odżywiania, nie ma co się dziwić, że nasze dziecko nie je. 
3. Dziecko potrafi jeść samo
Ze wprowadzaniem posiłków stałych czekaliśmy do momentu, aż Lew siedział, był karmiony zgodnie z filozofią BLW. Zainteresowanych odsyłam do poszperania w sieci.
Generalnie po prostu dostawał w łapę coś – burak, ziemniak, marchew i jadł. Był to czas kiedy totalnie wyeliminowaliśmy domowe zupy, bo na tym etapie nie był w stanie ich jeść.
Gdy miał rok, bez obaw, że wbije sobie widelec w oko dostał go do ręki. Pierwsze próby były nieudolne, do jedzenia wystarczały mu ręce. Rękoma potrafił jeść owsiankę, jajecznicę. Ku przerażeniu dziadków, że biedny, że się nie najada, że wokół wszystko wygląda jak krajobraz po bitwie. Dziś ci sami dziadkowie wspominają ten okres z pokorą, bo naszego dziecka nie trzeba było nigdy karmić łyżką.
4. Żadnych ulepkowych napojów
Czterolatki pijące colę wywołują moje dreszcze. Dobrze wpojony nawyk picia wody procentuje. Dziś Lew sam w 95% wybiera wodę. Do przedszkola też nosi wodę do picia.
Gdyby od małego pił słodkie herbatki, kubusie, słodkie wody myślę, że byłoby zupełnie inaczej.
Doskonale pamiętam, jak Karol kupił „oranżadę z dzieciństwa”, twierdząc, że Lew koniecznie musi spróbować, bo on w dzieciństwie uwielbiał. Uwiedziony legendą ojca zrobił łyka i całość oszołomiony smakiem elegancko wypluł na panele w kuchni. Bo piekło go w język.
5. Żadnego podjadania między posiłkami
Posiłków u nas w domu jest pięć. Czyli standard + drugie śniadanie i podwieczorek. Żadnego przegryzania w trakcie. Jeśli nie je śniadania a raczej je je słabo, nikt za nim z talerzem nie będzie biegał. Nikt nie będzie serwował stu innych propozycji, by zjadł. Zdrowe dziecko je i tyle. Jeśli nie zjadło teraz, zje następny posiłek.
Brzmi brutalnie? Patrz punkt 1.
Nie było u nas „za mamusie, za tatusia”. Skończyłeś? Ok, widać jesteś najedzony. 
6. Maksymalna eliminacja cukru
Do dziś tak jest. Od małego słodycze były bardzo ograniczone. Dziś Lew ma pudełko z cukierkami. Pudełko stoi w kuchni i jeśli chce coś zjeść, pyta czy może. Jeśli pyta przed posiłkiem, który jest za chwilę, odmawiam i nie ma protestów. Jeśli pozwalam, to nie je garściami. Jeden cukierek i pudełko wędruje na półkę. Jeśli słodycze są dla wszystkich – ustalamy, ile może.
Dziecko mając możliwość w większości przypadków wybierze cukier. Jasne reguły ułatwiają temat. Do tych reguł z bólem, ale dziadkowie też się stosują. Jeśli mama mówi 2 cukierki, to są dwa. Chyba, ze babcia spakuje mu na wynos, do jego pudełka.
Cukier to też ulepkowe serki, jogurty, płatki, słodkie napoje. Czytajcie skład! Jeśli dziecko wypije 250 ml napoju, gdzie po wodzie kolejnym składnikiem jest cukier, nie ma siły by miało apetyt na obiad.
7. Gotuj razem z dzieckiem
Lew bardzo dużo pomaga w kuchni, nasza duża część życia to właśnie gotowanie dobrego jedzenia. Nawet jesli nie ma przekonania do jakiegoś smaku, mając swój udział w procesie wytwarzania spróbuje z większym entuzjazmem.



8. Jedzenie jest smaczne
To chyba podstawa do tego, by dziecko jadło. Smaczne nie oznacza danonków czy masła czekoladowego. Smaczne oznacza wyraziste, ładne, ładnie podane. Jemy też oczami.
U nas w domu jemy ZAWSZE przy stole. Nie ma jedzenia na kanapie, na fotelu.
Jemy, rozmawiamy o smaku. Gotujemy dobrze i różnorodnie. Dużo ziół, kasz, dziczyzny. Nie jemy smętnych papek, gotowców. Mówię o regule, nie o sporadycznych wypadkach.

9. Zakazany owoc kusi bardziej
Każdego, dziecko również. Zdarzaja nam się wypady do fastfoodów – ale wtedy tłumaczymy, dlaczego nie warto tego robić często. Zdarza się zakup słodkiego serka czy pochrupek. Jednak zawsze jest to zakup opatrzony rozmową.
To my jako rodzice decydujemy co je nasze dziecko, to my kupujemy produkty. Jeśli uważam, że coś nie jest zdrowe, po prostu tego nie kupuję. Bo to jest podstawa, nie walka z dzieckiem, wyrywajac mu słoik z nutellą a rozsądne wybory konsumenckie.
10. Przykład idzie z góry
Nie mów dziecku, że szpinak jest pycha, jeśli ojciec przy stole mówi, że nie będzie go jeść. Nie wmawiaj, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia, jeśli sama na stojąco pijesz na śniadanie kawę. Dziecko nie jest głupie.
Zatem co dziś na obiad? U nas gałki z jagnięciny w sosie koperkowym z kaszą bulgur, do tego surówka z kiszonej kapusty. A co na podwieczorek? Myślę, że jak Lew wróci z przedszkola, zdecydujemy razem, choć ja mam chęć na domowy budyń waniliowy.






