10-3-2010 31 3

któregoś wieczora. Na początku jak zwykle zgłupiałam, jak zwykle pojawiły się błędy w tym co tkałam, ale poczułam się zrelaksowana, wyłączona od tej bieganiny.

Bo znów zakręcony tydzień był, plan bardzo napięty. Za bardzo, ale czasem tak jest a nie zawsze da się zmienić obrót różnych spraw. Dotarło do mnie jak próbowałam się z Nelą umówić na kawę. W czwartek – ok chyba że u mnie, bo mam ciasto w piecu i nie mogę wyjść. Może w piątek? – nie bo jadę na siedlisko, nie będzie mnie. Sobota? Niedziela? – nie, jadę na szkolenie.
Czasem mnie bawi, jak ktoś mi mówi ze nie mógłby tak jak ja siedzieć w domu. Pewnie wtedy ma wizję mnie snującej się z pokoju do pokoju. Znudzonej życiem, nie umiejącej zrobić nic z czasem. Oj chciałabym taki dzień mieć. Tymczasem okazuje się, że w miarę spokojnie dzień płynie jak wstanę o 5 rano;]

W weekend znów zaplanowane dwa dni szkoleniowe. Wczoraj wróciłam tak wypompowana emocjonalnie i fizycznie, że nie byłam w stanie myśleć nawet. A niby szkolenie takie „lekkie”, zabawy integracyjne, zadania aktorskie, dyskusje o tym jak się dobrze zaprezentować. Ale absorbujące, zmuszające do przemyślenia sobie tego jak nas postrzegają inni.
Dziś zryw o 5, by przed szkoleniem pojechać na pchli targ. Parę pomysłów czego szukam. Na miejscu spotykamy Tatę, miła eksploracja stoisk we trójkę, póki się nie rozłożył ze swoimi ‚precjozami’. Poplotkowaliśmy, połaziliśmy. Fajnie, miło, nieplanowanie.
Łup też zacny, poszukiwana długo waga zegarowa, bo wymagania były by ważyła do maksymalnie 5 kg, a większość „aleksanderwerków” ma 10 na skali.

No i cacko, dwie dwuosnowówki. Tak więc tak dobrze zaczęty dzień mógł dalej toczyć się tylko tak.


Potem kolejny ciekawy warsztat, plecenie trzy po trzy o „yetiowym’ grzebieniu i rozcinaniu trzewi mamutom przed kamerą.
Pozytywnie.
Ale od jutra poproszę o trochę wolniejsze tempo, do następnej niedzieli!

podobne wpisy