Nienawidziłam zajęć WF-u. Całe życie wydawały mi się totalnie beznadziejne, nigdy nie byłam typem sportowca, gry zespołowe były dla mnie koszmarem. Zawsze byłam najsłabsza, z notami poniżej jakiejkolwiek normy. Doskonale pamiętam bieg na 600 m z podstawówki, gdy moje koleżanki niczym gazele mijały mnie, a na mnie za szkołą czekał kolega na rowerze i podwoził mnie całą długość budynku, bym wybiegała chociaż dwóję. Nikt nawet na mnie nie naskarżył, bo raczej budziłam litość i współczucie. Wypluwałam płuca, łapała mnie kolka. Potem ogólniak, białe koszulki na zajęcia, nauczycielka despotka i biegi w centrum miasta na wzgórze Świętej Magdaleny. Znów najgorsza, bordowa i wściekła. Frustracja czasami opadała pod zwolnieniem z zajęć. Minęły lata a ja doskonale pamiętam te emocje.
Gdy cała Polska zaczęła biegać, ja się śmiałam, że nigdy z własnej nieprzymuszonej woli. Screeny z Endomondo, fit znajome z fejsa przebiegały po 10 km. Wtedy zaczęłam mówić, że ja nie biegam, bo nie mam ubrań i butów do biegania;] I tylko to mnie powstrzymuje.
Wokół biegać zaczęli kolejni znajomi, prawiąc jakieś bzdury o tym jakie to zajebiste, endorfiny i te sprawy. Ale wszyscy należeli do osób, które raczej wiodły prym na zajęciach wychowania fizycznego. Więc ich relacje wydawały mi się zupełnie nieprzekładalne na to co ja czułam, zupełnie niespójne z moimi przeżyciami. Szukałam bardzo długo osób, ale takich realnych, które zaczęły to robić, choć nigdy tego nie lubiły. Czekałam na relację w stylu „nie lubiłam biegać, spróbowałam i poczułam te wibracje”.
Gdy już natrafiłam na takie relacje, dalej swój upór opierałam na tym, że nie mam butów do biegania, specjalnego stanika, getr i koszulki. Nie przekonywało mnie, że do biegania nie potrzeba nic. Że na wsi nie muszę wyglądać tip top profeska. Choć myślę sobie, że to była wymówka.
Pewnego dnia moja przyjaciółka powiedziała „kupiłam sobie nowe buty do biegania, oddam ci stare, spróbuj”.
I nie było zmiłuj. Wymówki się skończyły. Dokupiłam całą brakującą resztę, wbrew pozorom uważam, że gadżety robią klimat, że ładnie wyglądając, w outficie adekwatnym do aktywności rośnie poziom zadowolenia. Przynajmniej ja tak mam, nie jestem minimalistką i gadżety bardzo mi poprawiają humor. Jeśli pomyślicie, że to głupie i próżne, trudno;] W zasadzie nie rusza mnie to.
Dlaczego chciałam spróbować? By pozbyć się złych emocji ze szkoły, przełamać się, popracować nad swoim charakterem. Chcę biegać dla siebie, spróbować zawalczyć ze swoimi słabościami, zmierzyć się z potworem.
W komentarzach na fejsbuku zostałam zapytana, czy było Endomondo? Nie było i raczej nie będzie. Nie zależy mi na tym, by rosnąć w oczach innych, publikować dystanse. Skasowałam aplikacje, którą miałam zainstalowaną, by nie korciła. Bo to nie o dystans chodzi, nie o prędkość i nie o maratony.
To próba charakteru, czy wytrwam – czas pokaże. Prawda też jest taka, ze gdy parę minut po 5 rano wyszłam dziś z domu, biegnąc podziwiałam jelenie w zbożu, czułam zapach dzików i goniłam zająca poczułam, że to może być fajne. Fajne wtedy, kiedy nikt mnie nie ocenia, kiedy nie jestem najsłabsza. Moment kiedy nie ma presji i kiedy wiem, że zawsze mogę dalej iść po prostu spacerem.
I mam w nosie fryzurę i brak makijażu!

To dziś było takie poczucie wolności, niczym nie ograniczonej, bez reżimów i potrzeby lajków mojej pętli.
Czy będę namawiać? Do biegania raczej nie, bo to nie o bieganie chodzi. Będę za to namawiać, by zmierzyć się ze swoją słabością, swoim demonem. Tylko dla siebie.





