Czyli bilans prawie dwóch lat, który rzuci światło na blaski i cienie mieszkania w raju. Bo w raju też bywa różnie, choć zwykle pachnie wypiekami.
Co mam na wsi?
- Świeże pieczywo domowego wypieku. Już słyszę, jak po drugiej stronie łączy przełykacie ślinę, wzdychacie ohhh jakie to cudowne, ile ona ma czasu. Czy jesteście blisko prawdy? Nie. Do sklepu mam 3 km, o 9 rano bułek już tam nie uświadczysz, chleb zwykle niczym z outletu – zatem zwykła konieczność.
- Świetnego listonosza, do którego mam numer telefonu i który w razie potrzeby nawet zabierze moją paczkę;
- Tonę piachu w salonie, wnoszonego przez Bułę i męski duet;
- Zapasy spożywcze i zapasy leków, umożliwiające przeżycie dłuższego czasu bez wyjazdy do sklepu i apteki;
- Piękne widoki za oknem, stada saren, lisy, żurawie, ostatnio wieczorem na tarasie oglądamy sowę a latem stada nietoperzy;
- Gości, nie żebym narzekała, bo zdecydowanie ten wpis wiele zmienił, ale dziecko jest odbiciem rzeczywistości, moje non stop bawi się w przyjęcia i gości;
- Internet na wiadra, wiem, w dzisiejszych czasach wręcz niepojęte ale mam oszałamiające 25 GB umożliwiające mi w zasadzie blogowanie i niewiele więcej. Jeśli wykorzystam limit oglądająć „Rolnik szuka żony” z trudem odpalam pocztę i czekam, aż znów napełnią mi wiadro.
- Kurczaki na kuchennym blacie, które nie dają nam spać po nocach;]
- Jesienią rykowisko, które słychać z tarasu.
- Ognisko, i kiełbasę na patyku, zawsze kiedy tylko mi się zamarzy.
Czego nie mam na wsi?
- Telewizora, pisałam o tym tu, czasami nadrabiam oglądając coś na komputerze, ale zwyczajne na co dzień szkoda mi na to czasu i szkoda mi ogłupiać dziecko;
- Czasu! jest tyle ciągle do zrobienia, że jestem na wiecznym niedoczasie z tysiącem planów w głowie;
- Potrzeby odwiedzania miasta. Zwykle jeżdżę raz w tygodniu, pograć na rogu albo pośpiewać, ale to wyjazdy dla frajdy. Załatwianie spraw, zakupy zwykle są jak za karę, więc większość zakupów staram się robić przez internet (patrz punkt 2 o listonoszu);
- Pomalowanych i długich paznokci, zwyczajnie nie sprawdzają się w „prawdziwym życiu” i są mało praktyczne przy sprzątaniu boksów (nie mówcie by pomalować na ciemny kolor, bo pod ciemnym nie widać brudu – sprawdzałam, szybciej zdąży odprysnąć;)
- Sąsiadów blisko, ma to niezaprzeczalne atuty, gdy dziecko u dziadków a ja chcę koncertować o północy na rogu myśliwskim na tarasie.
- Wakacji, choć nie mam ich od 6 lat w zasadzie, jak się ma zwierzęta nie ma wakacji. Nie mam też wigilii, świąt, w każdy dzień trzeba niezależnie od formy nakarmić, wypuścić, posprzątać.
- Butów na szpilkach, zwyczajnie patrząc chociażby na punkt 3 i 6 są nieprzydatne, za to mam 5 par kaloszy.
- Pięknego wypasionego traktora, nie wiem po co mi ale bym bardzo chciała, tak samo jak własną sowę.
- Pięknych rabat, kwiatów i giga zbiorów w warzywniku, o zachowanie odpowiedniego poziomu pokory wobec natury dba przyroda i kury;
- Korony, bo myślę perspektywicznie, że zawadzała by przy dojeniu krowy.
