Weszłam w jej posiadanie jakiś czas temu. Nie wiem czy wydawała mi się bardziej przerażająca czy fascynujaca.
Na pewno miała to coś, co mimo jej szpetoty kazało mi ją zabrać do domu.
A w domu jak to w domu, przekładana z miejsca na miejsce straszyła mnie i była niczym wyrzut sumienia nakazujący coś zrobić z tym jak wygląda.
Miała przerażająco czerwone usta, włosy jak po bliskim spotkaniu z wysokim napięciem.
Lekki lifting polegajacy na zrobieniu nowych oczu, ust, rumieńców, postrzyżynach i uszyciu nowego wdzianka i niczym w programie „Łabędziem być” została całkiem sympatycznym skrzatem, który zamieszka w pokoju synka;]
Nieżle wyszło, jestem zadowolona.
No i mam chęć uszyć Lewciowi lalkę waldorfską sama, od podstaw!



